2010
październik
kwiecień
2009
lipiec
luty
2008
grudzień
sierpień
lipiec
maj
luty
styczeń
2007
październik
sierpień
lipiec
kwiecień
luty
styczeń
2006
grudzień
wrzesień
lipiec
czerwiec
marzec
styczeń
2005
grudzień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
maj
2003
listopad
październik
wrzesień
czerwiec
styczeń
2002
listopad
październik
wrzesień








 






























2010-10-30 22:57:34 >> :O

Hakuna Matata!


skomentuj (1)




2010-04-02 23:56:41 >> :O

Ło-ho-ho-ho-ho. Ostatnia notka pojawiła się prawie rok temu;O Nieźle, nie?
skomentuj (10)




2009-07-03 20:23:48 >> .

Przy przejściu kolejowym znalazłem cztery zmasakrowane pluszaki. Ktoś musiał mieć przykre dzieciństwo.
skomentuj (2)




2009-02-14 18:32:47 >> Z racji tego...

...że mi się nudzi...
...że dawno nic nie pisałem...
...w nowym roku nic jeszcze nie napisałem
...że jeszcze trochę i mi mogą bloga wykasować chyba, niby, może...
...postanowiłem coś napisać.

Nie będzie to nic twórczego, ani nawet sensownego. Jedynie kilka dziwnych wniosków, trochę bredni i nieskładnego pisania, które ostatecznie do niczego nie prowadzi.

To ja może zacznę od chwalenia się. Chciałbym ogłosić, że udało mi się pierwszy raz na nowej uczelni zamknąć sesję w terminie. Nie wiem jak to zrobiłem, ale udało się. Dobra. Mając za sobą te radosne wieści nieinteresujące nikogo przejdę do kilku luźnych wniosków które nasunęły mi się dzisiaj. A może już dawniej ale dziś dopiero o tym napiszę.

Wnioski te, a może skończy się na jednym wniosku, dotyczą naszych koFFanych walentynek. W dyskusji którą prowadziłem z koleżanką na ich temat padło stwierdzenie z jej ust..ee...klawiszy...nieważne, w każdym razie stwierdziła, że fakt lubienia walentynek wynika jedynie z wpływu społecznego. Otóż nie! Z wpływu społecznego może wynikać tylko i wyłącznie moda na nielubienie ,nieobchodzenie i narzekanie na walentynki. To przez wpływ społeczny utożsamiamy to święto jako symbol komercji itp. Kto poradzi coś na to, że handlarze wszelkiej maści widzą w tym dniu okazję do zarobienia paru groszy extra? Sam nigdy nie byłem zbyt wielkim entuzjastą walentynek. I raczej nie będę. Ale powiem szczerze, przejadło mi się słuchanie o tym jak to święto jest podłe. Złe. Bezsensowne. Komercyjne. Większość takich sądów bierze się z frustracji. Bo co innego sądzić kiedy te same osoby odcinające się od 14 lutego, smucą się kiedy nie dostaną choćby symbolicznego kwiatka?:] Za każdym razem, słyszę również, że nasze polskie święto miłości to Noc Kupały. Bardzo dużo ludzi to powtarza. Namawia do świętowania tego dnia. Ale nie znam nikogo kto obchodziłby Noc Kupały.

No dobra, to taki luźny wywód. Nie chciałem pisać kolejny raz jednozdaniowej notki więc wysiliłem się bardziej niż zwykle;P Za wszelkie nieścisłości, zdania wzajemnie się wykluczające itepe odpowiedzialności nie ponoszę bo mi się czytać tego drugi raz nie chciało;d
skomentuj (4)




2008-12-15 05:55:07 >> ;p

JEst do dupy.
skomentuj (6)




2008-08-20 15:52:26 >> To nie jest recenzja.

Muszę o tym napisać. Dni temu kilka, a dokładniej tydzień bez jednego dzionka widziałem coś nieprawdopodobnego. Udałem się do Wrocławia w celu dawno zalegającej wymiany książkowej połączonej z zakupami kilku drobnych rzeczy. Nie chciałem jednak żeby ten wyjazd skończył się na tym, że więcej czasu spędzę w autobusach niż w samym Wrocławiu. I wtedy już wiezdiałem co muszę zrobić. Tak, nie było innej opcji jak odwiedzić kino. Ku mojemu zadowoleniu najbliższy seans upatrzonego filmu odbyć się miał pół godziny po umówionym spotkaniu więc nie musiałem zbyt długo czekać. Oczywiście najlepsze miejsca były pozajmowane, na szczęście wybrałem jedno nienajgorsze. Przyanjmniej jeśli chodzi o widok ekranu, bo z drugiej strony siedzenie koło parki która musi komentować każdą scenę to średnia przyjemność. Zwłaszcza jeśli siedzi się koło barczystej, łysej, dwa razy szerszej od Ciebie części tego związku która nie wiadomo jak zaraeguje na zwrócenie uwagi. No ale mniejsza z nimi. Po obowiązkowych dziesięciu minutach reklam i zapowiedzi rozpoczeła się część właściwa. Zaczęło się niewinnie. Ot zwykły napad na bank przeprowadzony przez grupę rabusiów ukrywających swoje twarze pod maskami przypominającymi wizerunek clowna. Nie było trudno odgadnąć czyja to ekipa. Oczywiście sam dowodzący nią również się pojawił. Ale to był dopiero przedsmak tego co miał nam do zaprezentowania. W pełnej krasie pojawił się dopiero po kilku czy też kilkunastu minutach. W scenie która stała się KULTOWA chyba zaraz po pierwszym seansie kinowym „Mrocznego Rycerza”. Przynajmnie zakładam, że tak właśnie było. W każdym razie po moim powrocie z kina i przeszukaniu youtube'a znalazłem kilka jej wersji łącznie z ludźmi którzy przed kamerami próbowali odtworzyć tekst zawarty w tej scenie. Jeśli ktoś już olgądał zapewne domyśla się o który moment chodzi. Tak, nie mylicie się. Magiczna sztuczka z ołówkiem. To co zaprezentował świętej pamięci Heath Ledger w roli Jokera to mistrzostwo. Arcydzieło. Trudno to opisać, najlepiej zobaczyć samemu i ocenić. Przyznam, że początkowo bałem się tego filmu. Bałem się, że tragiczna śmierć Ledgera wpłynie na recenzje, na opisy i na odbiór całego dzieła. Chyba wiele osób podzielało te obawy, zwłaszcza po pierwszych recenzjach które były pełne zachwytów. Czy film nie będzie przereklamowany? Czy fakt zgonu aktora odpowiedzialnego za kluczową rolę nie narzuci nam podświadomie pozytywnego odbioru filmu? NIE! Nic z tych rzeczy. Już ta pierwsza, a ściślej jedna z pierwszych scen z jego udziałem uświadamia nam, że za każdym razem kiedy Joker zniknie nam z oczu już bedziemy za nim tęsknić i w napięciu oczekiwać kolejnego spektaklu w wykonaniu tego geniusza. Tak, to trzeba przyznać – Heath Ledger był geniuszem. I jedyne co można zrobić to zapłakać nad faktem, że już nigdy więcej nie zobaczymy Go w tej roli jak i w żadnej innej. Kto nie był, zastanawia się lub rozważa udanie się do kina na „Mrocznego Rycerza” niech nie wacha się zbyt długo. Kiedy zdejmą go z ekranów i zastąpią kolejną produkcją o małych słodziutkich zwierzątkach uciekających z zoo czy piekarnika WY oglądając marnej jakości kinówke czy może nawet rip z płyty dvd będziecie sobie zadawać pytanie - „Czemu nie poszedłem na to do kina?”. To tyle odemie, zakończę ten wywód cytatem z filmu który stal się również kultowy jak wspomniana scena, lecz na długo przed premierą gdyż był zawarty w trailerze.

 

"Why so serious?!"


skomentuj (8)




2008-08-10 22:12:18 >> Czwarty

Przyszedł czas podzielić się relacją z kolejnego koncertu znanej heavy metalowej grupy jaką jest Iron Maiden. Zaczęło się dość nietypowo, tym razem zamiast jechać w dniu koncertu wybrałem się w docelowe miesce dwa dni wcześniej. W końcu wypadało odwiedzieć brata który mieszka w Warszawie już blisko rok. A że brat ma Playstation 3 to wypadało odwiedzić go jeszcze bardziej prawda?:D Tak, niewątpliwie niewielka elektorniczne urządzenie czarnego koloru spoczywające spokojnie na drewnianej półce tuż nad monitorem miało znaczny wpływ na moją wyprawę. Choć bardzie chodziło tu o pewien komfort, udania się na koncert po spokojnie przespanej nocy a nie po kilku gdzinach spędzonych w pociągu. Fakt faktem pociąg rozwrzeszczanych fanatyków IM do Katowic z roku 2003 to przeżycie któego nie można zapomnieć. Do rzeczy. Historia ta ma początek dnia piątego sierpnia roku obecnego. Z łoża powstać musiałem bladym świtem gdy promienie słońca ledwo muskały czubki drzew widniejących na horyzoncie. ( może zbyt wiele tych drzew tu nie mam ale uznałem, że brzmi to lepiej niż pisanie o słupach telefonicznych i liniach wysokiego napięcia). Wycieczki porannymi autobusami które dostarczały mi atrakcji w postaci godzinnego przesiadywania na peronie odeszły w niepamięć z racji zaopatrzenia się ojca w samochód czas temu jakiś dość nawet dawny, tak więc na dworcu znalazłem się nie z szybko i nie za późno. Mimo wczesnej porannej godziny na peronie zebrała się niemała ilość ludzi. Na szczęście nie przeszkodziło to w żaden sposób bym posadził swe cztery litery na wygodnym ( o ile w przypadku PKP można użyc tego słowa ) siedzeniu. I tu !UWAGA! !UWAGA! Ponad sześcio godzinna wycieczka poćiagiem zleciała mi SZYBKO. To jest niewiarygodne biorąc pod uwagę niemożność otworzenia gęby do kogokolwiek czy posłuchania muzyki z odtwarzacza leżącego w plecaku z wyładowaną baterią. W trakcie drogi przeczytałem niemal cały najnowszy numer „Filmu”. Najciekawsze strony rzecz jasna poświęcone produkcji bijącejj wszelkie rekordy w rankingach, mowa oczywiście o „Mrocznym rycerzu”. Się pójdzie do kina się zobaczy a teraz jedziem dalej. Po filmie dobrałem się do ostatnio zakupionej książki S. Kinga pod tytułem „Colorado Kid”. Krótka, wciągająca wręcz idealna do pociągu. Końcem końców przyszedł czas na lądowanie, desant, wysiadanie z pociągu. Najcieplejszym powitaniem na jakie może zdobyć się nasza piękna stolica jest wjazd do zaciemnionego tunelu który swoim ponurym klimatem prawdopodobnie przebija schrony atomowe w czasie konfliktu jądrowego. Ale tego niestety nie sprawdzimy w stu procentach nim nie wybuchnie najbliższa wojna ( a biorąc pod uwagę to co się wyrabia na świecie może nie będziemy czekać zbyt długo ). Wysiadłem. Z bratem odnalazłem się dosć szybko. Całe szczęście mieszkał dość blisko dworca, zaprowadził mnie do lokum pokazał rzecz najważniejszą czyli jak obsługiwac wspomniana cząrną maszynkę szczęścia w skrócie Playstation 3 i wrócił do roboty. A ja, po latach znalazłem się we wspaniałym świecie ( This is Snake...) Metal Gear Solid ( ....do you read me? ). Bo trzeba wam wiedzieć gdyż prawdopodobnie nie wiecie a jak wiedzieliście to dawno zapomnieliście ten mało istotny szczegół, że MGS;a uwielbiam z gier jak mało co ( loud and clear). Konkurować może jedynie saga Final Fantasy. Jak spędziłem najbliższe kilka godzin chyba nie muszę pisać? Tego dnia zdążyłem zapoznać się ze współlokatorami brata. Tak właściwie to jedną współlokatorką bo drugiego osobnika znam już jakiś czas. A i oczywiście miód pitny, nie mogło go zabraknąć na zakończenie dnia. Albowiem tradycja każe rozpowszechniać ten wspaniały trunek w każdym możliwym domostwie. Dodam tylko, że tym którzy nie pili smakowało ( tak mówili ale w końcu już wiem, że z tym to różnie bywa ). Kolejny piękny dzień w stolicy rozpocząłem od biegania. Przebiegłem wiele kilometrów przez opuszczone magazyny jak i grunty ogarnięte zaciekłymi konfliktami zbrojnymi. W skrócie – odpaliłem MGS”a. No bo wiecie, musiałem to przejść. Nie było rady. Nie mogłem tak po prostu dojść do jakiegoś miejsca i wrócić do domu nie kończąc misji. Granie zajęło mi sporo czasu ( ale nie muszę wcale pracować nad swoim charakterem przez czas spędzony na takich rozrywkach, jak niektórzy mogliby sugerować ). Zwiedziłem jednak kawałekw Warszawy. Wyszedłem pod blok do budki z kebabem, swojądrogą był super. Ostry, tak jak lubie. Tu chyba wypada powiedzieć, że stolicy nie znoszę. To trzeci koncert na którym byłem w tym miejscu i za każym razem towarzyszy mi to samo uczucie niechęci. Ponoć jak pomieszka się tam dłużej to negatywne odczucie przechodzi. Może tak jest? Udało mi się jeszcze wyrwać na kawałek darmowego koncertu Lao Che w parku jakimśtam którego nazwy i lokalizacji za diabła sobie nie przypomnę. Jak myślicie od czego zacząłem kolejny dzień? Błąd! Metala przeszedłem dzień wcześniej. Czwartek rozpocząłem od mycia włosów. Bo to wielki dzień był. Czwarty. Czwarty koncert Iron Maiden. I jeśli myślicie, że po umyciu włosów znów w coś grałem to mylicie się kolejny raz! Otóż tego dnia poszedłem z bratem do jego pracy. Jak na każdy koncert ( prócz chorzowskiego) wybieraliśmy się razem. A biorąc pod uwagę fakt lokalizacji stadionu który mieścił się niemal na przeciwko miejsca pracy mojego brachola, opcja spędzenia tam całego dnia była jak najbardziej sensowna. Anyway zobaczenie Platige Image od środka to naprawdę fajne doświadczenie. Ale o tym może kiedyś napiszę osobną notkę jak już skończą mi się tematy;P Gdy wybiła godzina 18:00 wybyliśmyz firmy w stronę stadionu. Mimo dosć późnej godziny, w końcu wpuszczali od 16:00 a o 18:00 startował pierwszy support, kolejka do wejścia była dosć długawa. Całe szczęście upychanie czcicieli szatana (;d) poszło sprawnie mimo tego, że za wpuszczanie i ochronę obiektu odpowiadała znienawidzona z wrocławskiego koncertu FOSA. Po przekroczeniu magicznego progu SZOK. Nie przeszukiwali. Nie macali. Nie kazali pokazywać zawartości toreb. Aż żal aparatu który został w domu. Trudno się mówi albo rybka albo akwarium znaczy się albo zdjęcia albo zabawa. Pierwszy support skończył się mniejwięcej w momencie kiedy dotarliśmy na płytę boiska. Potem pora na kolejnych grajków Made of hate albo jakoś tak. To i tak mało ważne. Grali nieźle, energicznie, wokalista zdawał się być dość haryzmatyczny. Niestety problemy techniczne zepsuły ogólne wrażenie z ich występu trwającego zaledwie czterdzieści minut. Zeszli ze sceny i zaczęło się...nie, nie,nie myślcie, że występ gwiazdy wieczoru. Tak pięknie to nie ma. Nie mogliby nas przecież pozbawić oczekiwania w napięciu przez blisko 45 minut. Siedzimy więc sobie ( raczej stoimy ) z głośników leniwie sączą się dźwięki starych hitów, głównie Zeppelinów. W którymś momencie poleciał utwór który grany jest przed ( chyba ) każdym koncertem IM. „Doctor, doctor please...” no i wiadomo już było, że godzina 0 nadciąga. Zaczęło się nietypowo. Z głośników zawyły oklaski i dziki ryk podnieconego tłumu, na co czekająca publiczność zareagowała w sposób podobny lecz z kilkukrotnie zwiększoną siłą. Na telebimach znajdujących się po obu stronach scenu wyświetlono krótki film pokazujący członków zespołu na lotnisku i takie tam. A potem...potem na tych samych ekranach pokazano fragmenty filmów dokumentalnych, bądź fabularnych poświęconych 2 wojnie światowej. Co to oznacza? No co? No oczywiście Aces High. I tu drugi szok. Albo któryś tam nie chce mi się liczyć. Stałem dość daleko od sceny jak na standardy tego typu widowisk. Ot miałem ochotę pobawić się tym razem nieco bezpieczniej bez kotłów i młynów które czasem przeradzają się w walkę o życie i dla mnie z dobra zabawą mają tyle wspólnego co błotne kąpiele na woodstockach i juwenaliach które można zobaczyć na zdjęciach i filmach. Albo samemu się w to pobawić, każdemu wedle potrzeb. A tu prośze, pięknie. Tłum oszalał, przerodził się z tych kilkunastu tysięcy ludzi w jedną wielka podskakująca, kotłującą się i obijającą masę. W tym momencie z przerażeniem wyobraziłem sobie to co dzieje się tuż pod samą sceną. Jeśli kapele metalowe to wysłannicy piekieł to w tamtym miejscu musiało być piekło. A jak przeżyć w takim młynie? A lbo zwiać albo stać się jego częścią. Wybór wydał się prosty. Całe szczęście zdawałem sobie sprawę z faktu czasu trwania takich młynów. Dwie lub trzy pierwsze piosenki a potem ilość i czas trwania spada. Ludzie są tylko ludźmi, męczą się. Tym razem odpuszczę sobie analizowanie każdego utworu, i tak już za długa ta notka. Cały koncert był świetny. Zarówno ze strony zespołu, który zagrał jak zwykle na tym samym poziomie. Publicznosć, dynamiczna, agresywna i głośna jak nigdy. Nie zabrakło hiciora Fear of the dark który poderwał zdyszaną i wykończoną publiczność dodając jej sił jakby utwór ten dopiero co otwierał koncert. Fear'a brakowało w Chorzowie, pierwszy open air IM na jakim byłem i nie wiedzieć czemu właśnie FotD chciałem usłyszeć najbardziej. Tym razem nie zawiedli oczekiwań. A no i oczywiście koncert pod pewnym względemp rzełomowy, był to dzień urodzin Bruce'a Dickinsona. I to pięćdziesiątych. Nie zabrakło więc urodzinowych pieśni zarówno w języku polskim jak i angielskim. Widok uśmiechniętego Bruce'a wpatrującego się w publikę śpiewającą jakąś nieznaną mu pieśń (Sto lat, sto lat...) jest bezcenny! Niestety wszystko kiedyś się kończy, tak jak i ten piękny show tamtego wieczoru musiał mieć sowje zakończenie po dwóch godzinach trwania. Warto było. Jak zwykle. Po koncercie jeszcze na chwilę do pracy brata, po darmową butelkę pepsi i przeczekanie tłumu który okupywał zapewne wszystkie autobusy, metro itp. Kto nie był na takim koncercie nie wie ile znaczy 0.5 litra czegoś płynnego, zdatnego do picia ( choć najlepsza jak do tej pory była zimna jak lód herbata u Trima;d ). Powrót przypadł na sobotę rano. Niestety. Chciałem załapać się na rekonstrukcję powstania która jak wierzyć (a wierzę:D) miała być najbardziej epicką z tych które odbyły się do tej pory. Może za rok się uda?

A po koncercie w domu....

Dziś kolejny raz nad jeziorem. Znów popływałem, jak ja to lubię. To samo jezioro co ostatnio tylko dziś z lepszą widocznością. I sinicą na wodzie.

Starczy tej notki, i tak wyszła długa. Jak patrze na jej objętość to zaczynam wątpić czy komuś bedzięchciało się ją czytać od przysłowiowej deski do deski. Wybaczcie wszelkie durne błędy ortograficzne i inne takie...Nie mam ochoty sprawdzać tego wszystkiego;D Miłego czytania.

skomentuj (16)

Picutre by Jason Engle
Words by Yeats William Butler
Layout by Vorador



Blogers.pl